Overblog Suivre ce blog
Editer l'article Administration Créer mon blog
15 mai 2011 7 15 /05 /mai /2011 11:37

Wracam ze szpitala i z kliniki. Poddałem sie trudnej operacji serca, która odbyła się 23 marca. Po niej nastapiło zakażenie płuc i zostałem na reanimacji przez 10 dni. Sukcesem było wstanie pionowo, a nie sądziłem, że to tak trudne. Dopiero pan odpowiedzialny za gimnastykę wykrzyknął z satysfakcją : "Bravo, M. Bukowski, verticalité retrouvée !", co oznaczało, że mogę sie zacząć ruszać.

 

Odkryłem nieznane mi wcześniej możliwosci znieczulenia.

 

 Nawiedziły mnie zmory senne. Szpital, w którym byłem miał przygotowywać przyszłych konsulów i każdy z nas dostał kartki papieru do zapisania swojej wizji konsulatu i jego pracy. Mój plik zawierał na początku bardo niemiły artykuł o moim (prawdziwym) konsulacie, który mnie ogromnie zmartwił. Chciałem koniecznie zacząć mój tekst od sprostowania i obiecałem przy okazji innym, że napiszę dla nich coś sensownego o Polsce (byłem tam chyba jedynym Polakiem : śniąc to wiedziałem, ze jest mało znana i że to trzeba naprawić).

 

Tuż przede mną rozmawiało na mój temat dwoje Niemców (mieli zielone spodnie): oboje z personelu. On przekonywał partnerkę, że trzeba jakoś ukarać tego "dandysa" (mnie) i proponował przygotowanie odpowiednio dobranych leków. Ta pani była bardo za tym, więc jej powiedziałem, że "skoro pracuje w szpitalu, to nie powinna się zajmować konsulatem" i że nie przyjmę jakichkolwiek leków przez nich podawanych.

 

W innym już chyba śnie odbyła się wielka dysputa między Niemcem a jednym z moich znajomych, który mi w końcu powiedział, że owa pani już nie jest po stronie  tego "który widzi wszędzie walkę klas". Ten znajomy gościł nas z Jeanne. Rafał i Matthias mieli wrócić taksówkami do domów, znalazłem na taksówki jakieś pieniądze, okazało się, że znajomi mogą korzystać z banków i wyświetlają karty bankowe...

 

Potem byłem w samolocie (miałem być u brata Jeanne i jego żony, niedaleko, i mieliśmy przygotować kolację dla nas wszystkich). Leciało tam spore towarzystwo, ale pamiętam tylko jednego starszego, bardzo szerokiego i pokrytego jasnymi włosami dżentelmena w eleganckiej, równie jasnej marynarce. Mój gospodarz mówił mi, że to jego ojciec i że dzięki jego  fortunie mógł przeprowadzić ważne studia matematyczne, które pozwoliły na stworzenie tego szpitala.

 

Był to dziwny szpital. Ważna rolę odgrywała w nim swojego rodzaju tablica, na której rysował malutki, popielaty chłopak trzymający się długiej łodygi, na zmianę z młodym, milczącym mężczyzna, obaj zawsze milczący. Na tablicy były także trzy damskie torebki, jedna pod druga, w których pokazywała się, przed seansem, np. starsza, ogromnie dystyngowana dama, była ambasador Polski w Paryżu, która przyjechała szukać młodych pisarzy, albo młodszy i mniej dystyngowany autor, który wyszukiwał w polskiej prasie odpowiednio skomplikowane historie, przerabiał je na powieści i szukał czytelników. Nie znalazł posłuchu Pani Ambasador. Zachwycona nią była natomiast Anastasia, która chwytała wszystkie słowa.

 

Były w szkole-szpitalu komputery, z których kandydatki wyjmowały artykuł z Le Figaro z 1 sierpnia 1970, o mnie i o Jeanne w Konsulacie (prawdziwym), o pierwszym małżeństwie Jeanne (!?, z czerwono zapisanym nazwiskiem tego pana, zapomnianym teraz) i o wizie, którą Jeanne dostała do Polski.

 

Samolot w końcu wylądował. Jedyna droga, którą mogłem iść prowadziła prosto do mojego szpitala i znalazłem moje szpitalne łóżko. Była noc, ale półmrok pozwolił dojść do niego i położyć się. Słyszałem czyjeś kroki, i obudził mnie miły glos pani, witającej mnie i dokonującej odpowiedniego wpisu. 

 

Było jeszcze jakieś żydowskie miejsce kultu z czteroosobową (osoba przy osobie, zwarte) orkiestrą ceremonialną, z dziwnymi instrumentami i bardzo smutną, wykonywującą w odpowiednich okazjach kilka kroków w kierunku ważnej osoby i odgrywającą ponurą melodię. Jedna pani chciała koniecznie śpiewać na pogrzebie, ale orkiestra zawiodła, a i ta pani nie była pewna swojego głosu i zrezygnowała.

 

Miał też odbyć się pogrzeb rodziny jakiegoś konsula, w obecności aktualnego konsula Polski. Ten nie pokazał się jednak na obrządku, choć widziałem go z daleka, wymieniającego uprzejmości z rodziną zmarłego.

 

Cały czas kursowały pielęgniarki i lekarze, często sięgano do zapisów o mnie i o Jeanne, do fotokopii Le Figaro, a Aleksandra zaprzyjaźniła się z jedną z dziewcząt, która zaoferowała się pojechać do Montpelier, żeby zobaczyć jakie są na miejscu możliwości mieszkaniowe.

 

Jędrzej Bukowski, 17 maja 2011

 

 

PS Innej natury są sny ostatnie : poruszam się po ogromnych i pustych przestrzeniach, pełnych kamieni i błota, bez celu ale i bez strachu : raz było to wokoł i "ponad" paryską katedrą Andrzeja (??), w dużym towarzystwie, podobno nad tunelami, które mnisi wykopują pod ulicami miasta. W obu snach biegałem intensywnie, dziwiąc się że moje serce na to pozwala. Zawsze ta ogromna przestrzeń i beznadziejność wysiłku.

Partager cet article

Repost 0
Published by 011bukowski.over-blog.fr - dans sen
commenter cet article

commentaires

Jedrzej Buowski 12/06/2011 12:52


12 czerwca 2011. Nad ranem sen z kategorii przestrzeni. Staram się narysować, na papierze w kratkę, linie równoległe. Biuro, nieznani mi młodzi ludzie. Pytam, czy mogę jeszcze zostać i skorzystać z
maszyny do pisania. Nie, bo o godzinie 16 ma przyjść Fillon (François, premier Francji). Pakuję zwoje papierów i narzędzia i szukam wyjścia. Przechodzą wielkie tłumy, jestem chyba w jakiejś szkole,
pytam kogoś jak można wyjść. Korytarzem przechodzi Bohdan Kik, za nim Janek Kutek. Bohdan mnie widzi, ale obaj zawracają i tracę ich z oczu. Coraz trudniej iść. Są złe psy i lwy, które się rzucają
na ludzi. Ktoś mi mówi o tym, że jeszcze jest 40 km do wyjścia. Nie czuję lęku, nie wiem gdzie jestem. Wielkie podziemie, pełne przeszkęd i te zwierzeta, króre atakują, ale daja się odpedzic.
Budzę się i Jeanne mi mówi, ze musiałem mieć złe sny, bo krzyczałem.